Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 730 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Życie w kawałkach

poniedziałek, 13 kwietnia 2009 22:05
W tym roku święta  mnie. Panika, zakupy, sprzątanie i takie tam tradycyjne wypadki... Oczywiście wydałam za dużo pieniążków, za dużo nagotowałam, a także upiekłam chleb (nic mi nie zostało) oraz swoją popisową szarlotkę (ocaliłam jeden kawałek chyłkiem).
Od kilku lat mam już wprawę w posiadaniu gości w domu. Mam też stół (!) co znakomicie ułatwia ich przyjecie.
Tak więc święta się nadzwyczaj udały. Atmosfera była bardzo rodzinna i radosna, być może z powodu galopującego braku telewizora. Byliśmy na spacerze, gadaliśmy, żartowaliśmy, mieliśmy regularną głupawkę i do wyrzygania mieliśmy dość własnego towarzystwa. Miłą odmiana, którą następny dzień nieco zniweczył....
Święta to dla mnie trudny czas i zazdroszczę każdemu, kto ma ich w nadmiarze. Moi rodzice NAPRAWDĘ się rozwiedli. Ten fakt jest stary na dwa lata, ale do mnie dociera dopiero teraz. Smutne i rozżalone dziecko wewnątrz mnie tęskni za naprawdę rodzinnym wymiarem świąt, roni łzy na familijnych filmach, którymi zapchana jest telewizja w tym czasie. Za każdym razem jak widzę na ekranie kochającego ojca, prawdziwie "domową" matkę, zespół ciotek i irytujących kuzynów, aż mnie ściska w żołądku.
Tęsknię za tym. Chciałabym takich świąt.
Albo chciałabym obchodzić święta na słoniu w Tajlandii, popijając sok z kokosa i zagryzając ananasem. Obie wersje byłyby dla mnie szczęśliwsze niż obecna.

Mimo to... Było inaczej w te święta. Bez wymuszonej atmosfery, niezręczności i kłopotliwej ciszy. Szkoda też, że bez babci, któa bezbłędnie potrafi pochorować się, jak tylko ją zaproszę do siebie na święta... Szkoda.
Ech. Poświątecznie ściskam przyjaciół i zapraszam na spóźnione jajeczko.
Wesołych... I takie tam...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czekoladowy zając

poniedziałek, 13 kwietnia 2009 12:54
Święta, święta i po świętach jak mawiają najastarsi górale.
Nie wiem jak u innych, ale u mnie...
Przygotwania do wiosenny śwąt zaczynają się już dwa tygodnie wcześniej, albo i jeszcze wcześniej. Przygotowania owe polegają na panicznym sprzątaniu wszystkiego i wszystkich. Jakby przez cały rok człwoeik żył na wysypisku śmieci i teraz musiał zrobić coś z tym wszystkim. Tak naprawe to tylko ojciec panikuj, który ma wielke chęci do tego porząkowania. Jednak co do czego przychodzi to zazwyczaj jest " gdzie są śćierki, a czym mam to wytrzeć, a gdzie mam wylaćwodę, a ile tego płynu na wiadro..." itd. W efekcie człowiek sam musi wszystko robić. Oczywiśćie pozornie, bo kochany rodzic płci męskiej uniesiony na wyrzyny ambicji wyrywa nam szmate z ręki i sam czyści okna. I tak trzeba było poprawiać :)
I tak przez dwa tygodnie, czyszczenie, mycie, pucowania, zamiatanie - zwariować można.
I przychodzi czwartek- Wielki Czwartek a po nim Piątek.... i mamy święta i niby się nic nie powinno robić. A jednak, znowu sprzątanie, bo przez tydzień (czyli od ostatniego generalnego pucowania) wzięło się i nabrudziło i nanosiło piachu z dworu. Na nic tłumaczenie, że człowiek mieszka na wsi i tego piachu jest ciut więcej niż w mieści. Do tego dochodzą dwa psy, które pomimo usilnych próśb, gróźb i innych technik manipulacji, wciąż nie chcą wycierać łap.
Gdzieś w tzw międzyczasie w piekarniku ląduje mięsiwo i się piecze, wkurzająć człwowieka swym aromatem. Też matka musiała piec w  Piątek, jak jest post..... Cóż zgrzeszyłam, ale musiałam spróbować czy schabuś się dobrze przypiekł. Dobrze!
Pojawiła się i babcia... która znowu zaczełą sprzątać, gotować i dużo gadać i głośno, bo babulka jest ciut przygłucha. Ludzie, mamy święta. aaaaaaaa. Oszalałam.
Chociaż nie, jeden tekst seniorki rodu mnie rozwalił. Skradająć się do ptasiego mleczka i próbując niepostrzeżęnie wykraść jeden kawałek, za swoimi plecami usłyszałam głos "Jedz wnusiu. To nie grzech, jest postne" (ptasie mleczko, zeby nie było). Nie wiem jakim cudem czekolada stała się nagle postna, ale ja się nie będę wykłocać. Wszak zawsze mnie uczyli, żę starszych należy słuchać. Posłuchałam i zjadłam całe opakowanie. A co mi tam.
Czwart dzień z rodziną- oszalałam.
Pominę aspekty picia 30 letniej Brandy do śniadania. Oraz innych trunków do reszty posiłków. Tradycja, zwyczaj. Faktem jest, że u mnie się praktycznie nie pije w rodzinie. Ot czasem przy świętach. Nadmienię tylko, że owa Brandyzostałą zakupiona przez mojego ojca jak jeszcze był młodym chłopięciem i przez tyle lat stała w nienaruszonym stanie. Ha, jest jescze 35 letnia whisky.
Nastał poniedziałek, dzień mokry.... Dom staje się polem bitwy, pokój twierdzą. Nie, nie przesadzam. Pod osłoną nocy przygotowuję się sprzęt.... napełania wodą i kładzie obok łóżka. Rano rozpoczyna się regularna bitwa, wszystkie chwyty dozwolone.... Woda tylko śmiga... Najpierw delikatnie, jakieś spryskiwania, lekkie polewania itp. Ot tak, tylko żeby obudzić delikwenta. Na koniec wylądował na mnie garnek zimnej wody. Długo dłużna nie pozostałam.
I znów sprzątanie, bo wszystko mokre.
Może jakoś przeżyję te święta.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

jasno widzę

środa, 08 kwietnia 2009 9:33
W związku z tym, że prywatnie nic u mnie się nie dzieje, a to co się dzieje jest trzymane w wielkiej tajemnicy.
Zostanę pełno wymiarową wróżką- jasnowidzką czy jakkolwiek to inaczej nazwać. Ciekawa jestem czy są jakieś kursy przygotowawcze i czy można uzyskąc dyplom, do powieszenia na ścianie.
Potrzebne:
- okrągły stolik - mam kwadratowy
- czarny kot     -  mam czarnego psa
- szklana kula-    będzie szklany wazon ;p
- spódnica- jakaś się znajdzie
- kolor włosów odpowiedni już mam.
I ruszam do dzieła, mogę zacząć przepowiadać przyszłośc, bo jak narazie dobrze mi to idzie. Tylko później ponoszę tego konsekwencje w postaci telefonów o 1 w nocy. Żalami, płaczem.... A nie mówiłam, że tak będzie?? Mówiłam i co z tego.
Przyjaźń czasem bywa ciężka, ale tylko czasem.


Aaaaa zbliżają się święta, tak mi się przynajmniej wydaje patrząc na ilość osób myjących okna, trzepiących dywany itp rzeczy robiących u mnie na osiedlu.
W związku z tym, że mamy wiosne to pewnie musi być WIelkanoc. Analogicznie Boże Narodzenie jest w zimie.
Ironia losu, ktoś się rodzi zimą w największa zawieruche a umiera na wiosnę, kiedy wszystko budzi się do życia Z drugiej zaś strony pojawia się wątek zmartwychstania itp itd.

W związku z tym, życzę wesołego jajka, mokrego zająca, kolorowych kurczaków i góry prezentów

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Domatorka

czwartek, 02 kwietnia 2009 10:00

Ostatnio zadowolenie mnie nie opuszcza.

Nawet mój guru doszedł do wniosku, ze moje nieustające szczęście jest powodem do podejrzewania poważnej choroby. He he...

 

A wszystko rozbija się o to, czego nie robię.

Przede wszystkim od dawna nie myślę o sobie w kategoriach „mogę-nie mogę". Odpadło mi więc kompleksowe (dosłownie) myślenie o samej sobie. Zaczynam się poczuwać do swojego wieku (albo jestem zakochana; obydwie te okoliczności całkowicie tłumaczą moje zachowanie - chociaż co do tej drugiej, to musi być tak tajna, że sama o niej nie wiem :P).

Nadal dobijają mnie smutne przejawy samotności, ale są to po prostu piknięcia zazdrości, kiedy ktoś koło mnie jest szczęśliwy w związku.

Też bym chciała. Ale nie mam zamiaru pakować się w pierwsze lepsze bagno, żeby sobie udowodnić, że też tak mogę. W związku z tym czekam, działam i jestem z siebie zadowolona.

 

Po drugie - przestałam bywać tam, gdzie się czuję częściowo dobrze, a zaczęłam zapraszać ludzi do siebie, gdzie się czuję bardzo dobrze. Sushi-party. Jeden z moich lepszych pomysłów, podsycany niegasnącym zdumieniem, kto się decyduje mnie odwiedzić, z - jak sami zapewniają - niegasnącą przyjemnością. Zawsze miło jest się dowiedzieć, że ktoś pała do mnie sympatią, nawet jeśli w moich oczach jest to kompletnie niewytłumaczalne :P

 

Ostatnia konkluzja jest taka, że pomimo mojego staromodnego podejścia do życiowej moralności, nie jestem postrzegana jako defekt w naturze. Serio. Miewałam takie komentarze. Po czym się okazało, że czyniące je osoby są raczej tym defektem. W około mnie większość ludzi - w tym zdecydowana większość facetów - w pełni przytaknęła moim „niezbyt wyzwolonym" poglądom na tematy damsko-męskie. A była to w całości ta większość pozostająca w stałym związku małżeńskim-lub-nie-całkiem, albo też (w dwóch przypadkach) deklarująca chęć wstąpienia tylko i wyłącznie w taki związek. Ha! Rewolucja seksualna rewolucją seksualną, ale widać wolna miłość sama w sobie stała się tak powszechna, że ludziom spowszedniała. Teraz w cenie jest self-respect. I słusznie. He he...

 

Podobno śmiech bez powodu oznacza diaboliczne skłonności do prób zdobycia władzy nad światem. He He...

 

Ekhm. Przepraszam. (He he). Nie mogę się powstrzymać...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

calls for Chtulhu

środa, 01 kwietnia 2009 9:48

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ładowanie

poniedziałek, 30 marca 2009 11:24


Lemur jest z natury swojej joginem. Wygląda jakby medytował - zresztą mieszkańcy Madagaskaru posądzali go o modlitwy do Boga-Słońce. Dlatego uczynili go swoim świętym zwierzęciem. Osobiście sądzę, że po prostu podgrzewa baterie słoneczne, które ma na brzuchu...

Ale przysżło mi do głowy - przy okazji lemura Juliana, z filmu "Madagaskar" - że lemur jest stworzeniem ze wszech miar arystkoratycznym. Dysktyngowane ubarwienie, bardzo wyraziste oczy, drobne, szczupłe kończyny i ten filozoficzny spokój...
Chyba pojade na Madagaskar. Ale to za dłuższą chwilę...

Z okazji wiosny siędę w zamian na pieńku, rozłoże ramiona i będę ładować własne baterie. Ostatnio bywam szczęsliwa i nie zamierzam z tego uczucia rezygnować. Jakiekolwiek jest jego źródło - niech goreje. Aby do słońca!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mam pięć lat...

środa, 25 marca 2009 15:12


Moja ostatnia fascynacja :) Chyba zacznę sobie spisywać blogi, które mi się podobają. :)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

z dedykacją

środa, 25 marca 2009 13:05
dla takiego jednego. Od WSADZ SE


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

cookie monster

środa, 18 marca 2009 9:49
Nagłą potrzeba chwilii podświadomie mi podpowiedziała, żebym otworzyła i coś napisała. Niestety nie mam pojęcia co- ok, mam ale upubliczniać tego nie będę.
Nuda- nikt mnie nie wkurza, nic mnie nie denerwuje. Pomijajac te osoby i rzeczy, ktore robiły to już wcześniej. Nie mam na co narzekać (chyba wrócę do px).
Udało nam się spowrotem wprowadzić przyjaźń (moją i Ewy) na właściwe tory. Widocznie musiał być mały zgrzyt między nami dla oczyszczenia atmosfery. Cóż jednak się dziwić po tylu latach znajomości, wspólnych przeżyc... jak to kiedyś stwierdziłyśmy, jesteśmy jak stare, dobre małżeństwo. Ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Faktem jest, że jest to jedyna osoba przy której czuję się swobodnie i widziałą mnie już chyba we wszystkich sytuacjach (ja ją też).
Są też takie znajomości(przyjaźnie??), które nie były w stanie przeżyć próby czasu i wydarzeń które miały miejsce. Czasem wystarczy jakieś małe zdarzenie, żeby odsunąć od siebie dwie osoby. Owszem można naprawiąć, rozmawiać i wyjaśniać sobie wszystko. Czasem jednak taka małą zadra wejdzie tak głęboko, że nawet po wyjęciu długo jeszcze szczypie.
A mniej metaforycznie- nie lubię mieć jakiś niedomówień i niejasnych sytuacji. Nie muszę wiedzieć czy swoim zachowaniem kogoś skrzywdziłąm czy też nie. Wolę jednak usłyszeć postawione mi zarzuty i albo poprawić się albo kazać danej sobie spadać do Niemiec na ogórki. Nie zmienia to faktu, że ja mogę się tylko pewnych rzeczy domyślać po czyimś zachowaniu i mogę się domyślać o co ta osoba jest na mnie zła. Zawyczaj się pytam grzecznie i zazwyczaj słyszę " że nie, nie o to". Ok, skoro tak to nie zachowuj się więcej przy mnie tak jakbym wybiła ci cała rodzinę harmonijką ustną. Wkurza mnie to!
Mam bardzo ograniczoną cierpliwość. Hmm, ja w ogólę jej nie mam albo jest w stanie szczątkowym.
Znów metaforycznie:
Jeżeli na stole leży ostatnie ciastko, to kultura osobista przed sięgnięciem po nie, nakazuję sie zapytać czy ktoś nie ma ochoty. Zwłaszcza osoby, ktora łakomym wzrokiem na nie spoglądała a która miała jakieś opory przed nadmiarem kalorii czy czymś takim. Skoro nie widzę i nie słyszę protestów, to biorę i konsumuję. I mne szlag na miejscu trafia jak ten któs dalej się patry tęsknie na ten talerzyk i zaczyna zlizywać okruszki. Było?- Trzeba było brać i nie myśleć nad ilością "ale"...



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W krainie Morfeusza - czyli niebieska pigułka rulez

poniedziałek, 16 marca 2009 13:15

Ostatnio miewam SNY.
Duże litery zamierzone.

Są to sny męczące i powodujące dezorientację totalną po przebudzeniu. Występują w nich wszyscy, którzy kiedykolwiek nawinęli mi się pod oko i myśl.

 

  • Zaczęło się od snu, że barman z PX zajechał czerwonym rowerem pod bibliotekę w Heidelbergu i zostawił dwukółkę pod zakazem parkowania. Przyszedł policjant i zaczął mi wlepiać za to mandat - po niemiecku, więc ja mu zaczęłam tłumaczyć, że nie znam kompletnie niemieckiego - tłumaczyłam to jednak po niemiecku. A kolega wrócił, zabrał rower (czerwony) i odjechał.

 

Ostatnio:

  • Kolega kolegi śnił mi się zanim go poznałam, ponieważ istniała opcja, że może się stać moim współlokatorem. Śniło mi się, że ze mną mieszkał i sprowadzał rude panienki, po których musiałam zmywać filiżanki...
  • Rozjechałam kolegę czołgiem i gdy przerażona wyskoczyłam z pojazdu na ulicę, pojawił się tajski policjant i wlepił mi mandat za zanieczyszczanie ulic, ponieważ okazało się, że to był słoń, a nie czołg (i się sfajdał)...

 

  • Śniło mi się, że chłopak mojej przyjaciółki dyrygował orkiestrą. Jego kumpel grał tam na wielkiej, polinezyjskiej trąbie z muszli. Moja przyjaciółka grała na trójkącie, a ja miałam grać na skrzypcach (ale nie mogłam, bo mi ukradli struny). Było tam wiele innych osób z dziwnymi instrumentami (kolega wielkości moreny czołowej grał na gwizdku, a chudy znajomy z harcerstwa na tłumiku od motocykla - co ma sens, bo właśnie sprzedał Harleya). Mój bardzo były facet był krytykiem muzycznym, ale został zastrzelony w trakcie przedstawienia przez nieznanego sprawcę (z okropna chrypką) i wyniesiony z koncertu. Jego najlepszy kolega (którego zawsze bardzo lubiłam) bił przy tym entuzjastyczne brawa. A ja grałam dalej na skrzypcach bez strun.

 

Takie sny męczą mnie okropnie. Strach się położyć spać...

To się nadaje na kreskówki. Powinnam chyba zacząć sny kolekcjonować.

:P

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mądrość życiowa powstaje w czasach pokoju, a nie w czasach wojny

piątek, 13 marca 2009 13:18
Na drugim biegunie miłości wcale nie stoi nienawiść. Przeciwieństwem kochania jest obojętność.
Marek mi to powtarza sukcesywnie od lat, żeby mi się nie wydawało, że skoro nienawidzę, to znaczy, że skończyłam z uczuciowym uwikłaniem.
I takie są właśnie "wojujące" feministki - uwikłane pomiędzy potrzebę bycia w związku, a niechęć do znikania w nim na drugim planie. Dlatego zwalczają facetów, zamiast ich wychowywać.
W pełni rozumiem i popieram potrzebę traktowania mnie jak pełnoprawną istotę ludzką, z pełną gamą wolności wyboru i prawem do bycia równorzędnym partnerem w pracy, związku, polityce. Mimo wszystko - nie odbędzie się to poprzez zrównanie mnie z facetem, bo ja nie chce być mu równa. Większość moich szczęśliwych koleżanek, jeśli ma stały związek, to przy częstym założeniu "Facet to facet". A oznacza to tyle, że je, myśli, oddycha i śmierdzi (czasami) jak facet. Czemu więc nie miał by pachnieć ponętnie jak ja? Bo przestałby być facetem. Sęk w tym, żeby zmienić nie kobietę, nie faceta, ale sposób określania relacji pomiędzy nimi.
A relacja powinna być określona - ja cię nie ograniczam w żadnym wyborze, ale też nie odmawiam sobie prawa, do wyciągania z tego wyboru konsekwencji. Chcesz mnie zdradzać - proszę bardzo, nie powstrzymam cię. Ale konsekwencją jest to, że ci już nigdy nie zaufam. Szczerze. To nadal jest wolna wola, twoja w wyborze czynu, moja w wyborze reakcji.
Przykład z mojego życia wzięty:
- Kochanie, idę z kumplami na piwo.
- Jedno?
- No, raczej zgrzewkę.
- Znaczy się upijesz?
- A mogę?
- Wszystko możesz. - odpowiedziała z przekonaniem. - Tylko pamiętaj, że ja z pijanymi nie sypiam, więc przygotuj sobie kocyk na podłodze.

Moja najlepsza przyjaciółka z założenia wie, że jak jej facet się narąbie, nocuje poza domem. Jemu wolno, ona się nie czepia picia.  Jak musi, niech się z kolegami zabawi. Tyle, że to całe chrapanie, waniajet z ust, kac o poranku, odbijanie się od ścian strasznie nas obie denerwuje. A ponieważ jest to naturalna konsekwencja picia dużej ilości alkoholu, facet jest informowany, że skoro sam pije, sam będzie te konsekwencje ponosił, bo ja ich nie lubię.

Z tej samej przyczyny nie znam osobiście męża koleżanki z którą się znam sześć lat, bo mnie kiedyś wkurzył przez telefon i doszliśmy do wniosku, że działamy sobie na nerwy. On jest zachwycony, że się przyjaźnimy, pod warunkiem, że nie musi mnie oglądać. To też kwestia świadomego, dogadanego wyboru. Jeśli trenujesz podnoszenie ciężarów, to masz bary jak traktor i niektórym facetom nie wydajesz się atrakcyjna. Czy oni cię dyskryminują?

To nie jest tak, ze w równouprawnieniu wolno ci wszystko robić i domagać się, żeby cię nie postrzegano przez twoje czyny. Wolno ci do wszystkiego aspirować, ale fakt zniesienia nierówności płci nie oznacza, że nie obowiązują cię konsekwencje własnych wyborów. Jeśli kobieta wybiera opcje wolnego seksu, jest postrzegana jako niestała. Czy to jest dyskryminacja, bo facetom się więcej wybacza? A kto im wybacza, jak nie my? Dyskryminujemy ich zdolność do wierności w imię ewolucyjnej teorii prokreacji. Czytaj: Faceci tak mają. To jest dopiero szowinizm i dyskryminacja... A feministki robią to cały czas... Traktują facetów jak facetów i złoszczą się, że oni je postrzegają jak kobiety. Nienawidzą ich, bo nie potrafią (a pewnie i nie chcą) zmienić ich w kobiety, a same być facetami nie zdołają.

Dla mnie jedno jest jasne - czy jesteś sztangistką, matką trzynaściorga dzieci, czy dyrektorką korporacji, liczy się tylko twój wybór.
Jeśli wybrałaś życie które masz i, chociaż nie jest szczęśliwe, to go nie zmieniasz, to nie jest kwestia dyskryminacji. To jest lenistwo.
A jeśli ci dobrze w kieracie, którego feministki tak nienawidzą, to też dobrze. Może znalazłaś złoty środek i powinnaś o tym napisać poradnik :)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

i jest...

czwartek, 12 marca 2009 23:52
Miałam wkleić zwierzątko a się rozpisałam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

miało być zdjęcie

czwartek, 12 marca 2009 23:48
Nie wiem komu i z czym sie kojarzą feministki. Nigdy się nad tym głebiej nie zastanwiałam. Ok, fajnie że walczyły o prawa do głosu ( sufrażystki, bo feminizm to wymysł naszych czasów) i o te wszystkie inne pierdoły. Mam ważęnie, że skoro zostało osiągnięte, to teraz na siłe będą szukać nowych problemów. Boję się tego, że w takim tempie za kilka lat napisy na transparentach podczas Manif  będą głosić "prawo kobiet do posiadania własnego penisa" lub też coś w tym klimacie.
Zastanwiałam się kiedyś (wieki temu) czy feministki nienawidzą mężczyzn. Nie wiem, jedne głoszą, że tak- i każda z innego powodu, inne- nie. A jak jest naprawdę- tego nie wiem. Na pokaz robi się wiele rzeczy i wiele się mówi.
Owszem sztuką jest przetrwać kobiecie w dzisiejszych czasch, jak być i mieć. Jak być samodzielną i zaradną i jak mieć wsparcie mężczyzny? O to jest pytanie.
Narzekamy na samotność, na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej... a z drugiej stony krzyczymy i wszędzie pokazujemy jak to sobie same świetnie radzimy. Coś tu jest nie tak.
Mężczyzna to takie miłe stworzonko, które musi się wykazać, które chce być rycerskie (nawet jeżeli to tylko wywiercenie dziury w ścianie), ale on chce pokazać, uchronić ukochaną od pobrudzenia sobie łapek. Nie ma w tym nic złego i nie ma w tym podtekstu ' kobieto nie dasz sobie rady, bo jesteś tępa jak noże kuchenne u Diablicy'. My wiemy, że dałybyśmy sobie rade. On też wie ( a jak nie, to niech spada), ale od wieków na tej planecie jest prowadzona gra pomiędzy dwoma płciami.
Rozkwita nam na tej planiecie sporo gromada sfrustrowanych i samotnych kobiet z hasłem przewodnim " ja sama". Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu jednego znajomego (tekst wypowiedziany do kobiety, która mu się szalenie podoba)
- " Podobasz mie się i to nawet bardzo, ale nie chciałbym być z tobą"
- "czemu?"
- " bo doskonale radzisz sobie sama, wszystko potrafisz zrobić, naprawić- ja byłbym zbędny"
Komentować chyba nie muszę. Dodam tylko, że koleś myśli nowocześnie i ostanią rzeczą jaką by zrobił to zamknięcie samicy w kuchni przy garach.
Skoro jednak radzimy sobie i o to tak walczyłyśmy, to nie narzekajmy teraz na samotność. Bo na cholere nam ta druga połówka- do prokracji (można adoptować, baki spermy są etc), do przytulania się (kota można sobie kupić, albo dużą poduszkę), do nocnych igraszek (wibrator czy inne gadżety), do prac domowych (naprawiamy wszystko same).... do czego?
Możemy same...
Miałyśmy ciastko, ale zjadłyśmy... nie płaczmy, więc teraz nad pustym talerzykiem. Przynajmniej było smacznie i przez jakiś czas jeszcze będzie


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Antyfeminzm - nowa moda

czwartek, 12 marca 2009 12:21

Mogę być tylko złośliwa :)

Mnie wszystkie "izmy" doprowadzają do furii. Kobiety nie chcą już być feministkami - bo to kojarzy się z rozwrzeszczaną babicą w buciorach, hodującą bicepsy na złość facetom. Z drugiej strony - My kobiety ani w tą, ani w tamtą ruszyć nie mamy zamiaru.

Niekwestionowaną zaletą bycia kobietą jest męska galanteria - która za sprawą feminizmu zaczyna wymierać śmiercią cichą i bezbolesną. Nadal imponują nam faceci, którzy podadzą ramię przy wysiadaniu z pociągu, przytrzymają płaszcz, wstaną, gdy my, kobiety, siadamy do stołu i umieją lekko komplementować nasze starania o urodę. Wyginął stary, być może niehigieniczny zwyczaj całowania w rączusie (co mnie akurat nie martwi, bo to sztuka trudna i mało wdzięczna - nie każdy facet to potrafi, a ci co nie potrafią, szkodzą całej instytucji całowania po rękach). Wyginęły wszystkie teatralne omdlenia, upuszczania chusteczki i trzepotania rzęsami. Chcemy być dynamiczne, silne, zdeterminowane, dowartościowane, samodzielne. Nie będzie nam testosteron drzwi otwierał...

 

Tyle, że kiedy przez drzwi trzeba przenieść 20. kilogramową paczkę glazury, to feminizm nie jest już taki atrakcyjny. Kiedy karnisz od firanki urwał się z haka, a szafa nie chce się ruszyć nawet o minimetr, chociaż wyciągnęłam z niej wszystkie książki... Tak, wtedy klnę feministki w żywe kamienie. Bo teraz moja kobiecość nie jest wystarczająca nagrodą dla faceta, którego proszę o pomoc. Skoro mamy równouprawnienie, to powinnam sobie radzić sama, a kobiecość nie ma tu nic do rzeczy. Nikt mi nie poda płaszcza, bo takie są wymogi dobrych manier. „Chciałyście emancypacji, to my te maniery mamy..."

 

Dlatego ja w tym samym miejscu mam „izmy", podobnie jak ich przeciwników.

 

Nie mogę powiedzieć, że jestem przeciw równouprawnieniu - jak chcą, to niech wojujące feministki będą facetami. W końcu każdy facet jest po cichu trochę kobietą. Równouprawnienie jako takie mi się podoba. Nie podoba mi się tylko rozpieszczanie facetów, wmawianie im, że wraz z wzrostem naszych praw, ich obowiązki wobec „płci słabszej" maleją. A jeśli oni tego nie widzą, to jest to wyłącznie nasza wina! Nie wymagamy od nich, bo powinnyśmy same od siebie wymagać. Tyle, że jeśli boli mnie ząb, to go sobie sama nie boruję, bo zwyczajnie nie dam rady! Mój feminizm ogranicza się do pójścia do dobrego dentysty. Tak samo nie ujmuje mojemu równouprawnieniu prośba o pomoc w przesunięciu szafy, poprawienia haka od karnisza, przeniesienia paczki glazury. Nie oczekuję, że facet rzuci mi się do stóp z pomocą, ale wierzę, że na bazie subtelnego flirtu i obustronnej wymiany feromonów, załatwimy tą sprawę nieco męcząco dla testosteronu, ale jakże przyjemnie dla męskiego ego. Bo feminizm - wbrew temu, co nam owe „babiszcze" wmawiają - nie zwalnia nas z prawa trzepotania rzęsami, omdlewania i flirtowania dla własnych korzyści. Kobiety były i będą manipulować facetami. Równouprawnienie zmienia tylko jedno - teraz robimy to jawnie, bo odebrano nam „słabość" naszej płci. Teraz obydwie strony wiedzą, że „ja tobie zatrzepoczę rzęsami, a ty mi przeniesiesz paczkę. Ja mam glazurę na swoim miejscu, a ty masz dopieszczony testosteron".

 

Kobiety, weźcie się w garść! Męskie ego jest i zostanie naszą bronią! A kobiecość rodzi pewne obowiązki nie tylko ze strony testosteronu. Galanteria umiera za naszą zgodą, więc jeśli pan nie wstanie od stołu, subtelnie dajmy mu do zrozumienia, że to w dobrym tonie. Krótkie „Przy kobietach się nie przeklina!" powinno wrócić do naszego słownika. Niewinne pytanie „Kto mi poda płaszcz?" rozwiąże problem uprzejmości pierwszego stopnia. Do tego należy wyraźnie faworyzować wszelkie przejawy galanterii w naszym życiu codziennym, żeby faceci poczuli, ze to się im znowu opłaca. Przepraszam, ale kobieta powinna przechodzić przez drzwi pierwsza - w każdym multiuniwersum.

 

A jeśli wyskoczy z tekstem o feminizmie? Poproś o kluczyki do jego samochodu i powiedz, że skoro jest za równouprawnieniem, to dzisiaj ty będziesz jechać 120km/h jego nowiutkim mercedesem, słuchająca na cały regulator najnowszego przeboju Celin Dion. Potem zabierzesz na trzy godziny pilota i będziesz oglądać zawody pływackie (slipki + umięśnione ramiona + naprawdę dużo mokrych facetów), albo dwugodzinny test depilatorów w telewizji. Odmówisz pozmywania po obiedzie i zadzwonisz po pizzę wegetariańską, bez czosnku i cebuli, za to z brokułami. Na koniec zamkniesz się na trzy godziny w łazience z tajemniczą gazetką i ogolisz nogi jego maszynką, zarządzasz dwugodzinnej sesji gimnastycznej w sypialni i zaśniesz na poduszce uperfumowanej wodą jaśminową aż do zawrotu głowy.

 

Jednym słowem dasz sobie prawo do robienia tego co on, tylko w kobiecym zakresie. Założę się, że po jednym wieczorze z „prawdziwą" kobietą wyzwoloną grzecznie wróci do obustronnych korzyści. W końcu testosteron najbardziej w życiu ceni święty spokój...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

anty- feministycznie

wtorek, 10 marca 2009 9:17

Rozumie walkę o równouprawnienie, o taka samą płace na tym samym stanowisku, o refundowanie środków antykoncepcyjnych czy tańsze zapłodnienie in-vitro. Z tym się zgadzam i popieram cała sobą. Innych postulatów i "walk" feministycznych ugrupowań nie rozumiem. I piszę to ja- kobieta.
Przez pewne uwarunkowania genetyczne, psychologiczne czy biologiczne równouprawnienie na wszystkich szczeblach nie jest możliwe. Cóż taka już kobieca natura. Nie mówię tu o tzw babochłopach, kobiet z przerostem testosteronu, tylko o normalnych. Nie uważam, że jak mnie męzczyzna przepuści w drzwiach, poda palto czy pocałuję w rękę to jest już gorszej kategorii- słabą i bezsilną osobą zniewoloną przez wielkiego samca. Ja chcę się czuć taka, mała i bezbronna i do tego adorowana. Czy jest w tym coś złego?
Ok, to że umiem naprawić kontakt i wywiercić dziure w ścianie nie oznacza, że muszę udowadniać całemu światu jaka jestem 'męska". Takie rzeczy są przydatne jak się mieszka samemu i pod ręką nie ma faceta. Jak się już pojawi, to niech on wykonuje te wszystkie dziwne czynności.
Chcę być kobietą i jestem i naprawdę jeżdzenie na traktorze czy podnoszenie ciężarów nie jest kobiece.
Czasem myśle, że według feministek równouprawnie polega na tym, żeby kobiety stały się bardziej męskie. Skoro mnie natura tak stworzyła to dlaczego mam się zamieniać w inną płeć? Owszem ważne są takie aspekty jak równy dostęp do edukacji (ale tu nie chodzi tylko o płeć ale też i zamożnośc, miejsce urodzenia itp), taką samą możliwość awansu czy taką samą płace na tym samym stanowisku. W praktyce jest tak, że najczęściej kobieta wykonująca te same zadania co mężczynza i w tej samej firmie zarabia mniej. Dużo trudniej jest też jej osiągnąc awans. Naszczęście powoli się to zmienia. Zmienia się też podejście pracodawców do roli matek. Rzadziej (aczkolwiek jeszcze są) ppojawią się pytania na rozmowie kwalifikacyjnej " czy i kiedy chce pani mieć dziecko" albo " czy ma pani już jakieś". Wychodzą z błednego założenia, że jak matka (obecna albo przyszła) to nie pogodzi domu z pracą, że co chwilę będzie brać urlopy- bo dziecko chore, bo zebranie, bo macierzyński, bo coś tam.  Bo gdzie jest w tym momencie ojciec? Prawda jest taka, że kobieta doskonale daję sobie radę. Czasem tylko trzeba zmienić pewne warunki- ale to wszystko dobra wola pracodawcy.
I na koniec pytanie czysto retoryczne- czym tak naprawdę jest równouprawnienie?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  63 079  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

WSZĘDOBYLSKIE SZATAŃSKIE AMATORKI DZIAMGOLENIA (SPÓŁKA ELOKWENCYJNA) To my. Oraz kronika zawiązującej się, miejscami mocno pogmatwanej przyjaźni. :P

submachine

:: Gra Submachine 1::

submachine2

:: Gra Submachine 2::

submachine3

:: Gra Submachine 3::

submachine4

:: Gra Submachine 4::

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl